Vintage Tuesday: Pramo 6/1964

This is one of the first vintage pattern magazines that I got my hands on. And yet, I have not sewn a thing from it! I'm totally in love with the blouses, though, and I might finally give in and give one of them a try. I especially like the polka dot one with a tied neckline. So cute! I like the litte sewing course for lining a skirt, too. The outcome looks very classy.

To jeden z pierwszych magazynów o szyciu, który wpadł mi w ręce, ale jeszcze nic z niego nie uszyłam. Strasznie mi się podobają bluzeczki z pierwszej części - szczególnie ta w grochy, z wiązaniem pod szyją jest urocza. Może niedługo zabiorę się za jej uszycie, bo bluzej zdecydowanie mam deficyt. Podoba mi się też mały kurs szycia na końcu - taki pasek z częściowo wszytą gumką jest bardzo efektowny, jeśli chodzi o dopasowanie do ciała.
facebook bloglovin pinterest instagram tumblr email

Reflections upon two years of blogging

When I first started this blog, I was really hesitant. I knew that clothing was important to me at that moment and I wanted to share my vintage inspired style with others. At the same time, I knew I was starting out in a niche. There are few blogs in Poland that feature looks similar to mine. Out there in the big world --sure! Those quirky, whimsical, fairy-tale inspired looks are indeed plentiful. There are even more blogs commited to wearing true vintage and recreating history on a daily basis. In Poland though --not so many. So, I knew I would probably mostly write to myself, with no one interested enough to stay and keep me company. Still, I knew blogging would be an experience that I want to have in my life.

Click below to read more. Wersja polska poniżej.

2 years blogging

I feel so lucky to be living where we live right now. Being within walking distance from vast fields of true wilderness is a thing that fills my heart with joy. I've mentioned it numerous times before on this blog, but I'll say it again: to me, staying in touch with nature means staying in touch with myself. 

The photos from today's post reflect that close relation to nature. I'd gladly lose myself in the greenery, between the birds chirping and some wild animals shuffling in the bushes. Just look how alive with colour it all is right now...

Click to read more. Polska wersja poniżej.

Birthday post

I'm turning 30 today. I'm not that big on jubilees actually, but 30 seems kinda special. I do admit that over the past year some things have changed and I may have matured just a tiny bit. At least I hope I did. Judging by the fact that I succeeded at some stuff that was unconquerable for the longest time (like, say, telling people a big fat "NO" from time to time and paying more attention to my own opinions rather than listening to others), the times to come are going to be good. Still, I didn't wake up today to a world turned upside down, I didn't develop wrinkles overnight and my experiences are still at the same level. And I'm certainly not going to stop dressing cute anytime soon. I really, truly ouldn't care less what other people think about that.

Click to read more. Polska wersja poniżej.

A dress with a story

If you remember the pink gingham dress that I made earlier this spring, you will find the shape of this new dress familiar. I often sew up a pattern more than once and this one I wanted to tune a little to perfect the fit. It's still not all that perfect, at least on me, which might be because of my round back. It kinda puckers in the middle back when I slouch, which I do a lot of, sadly. I guess it would be fine for someone with correct posture. I need to work on the fit of my clothes, I tend to get these issues with the fit on the back often.

Anyway, I sewed this dress from a semi-sheer poly (my guess, I don't really know what it is but it doesn't wrinkle and the skirt is fluffy without a need for a pettitcoat) that I got loads of and I'm willing to sew more of it, because it's cute and satisfying to work with.

How I came about it is a touching story, really. I bought it from a nice lady that used to sell a lot of vintage fabrics on a local auction site. I bought miles of gorgeous fabric from her. One time, when I was making some purchases on her auctions, I read that she will be closing down her shop because of health issues. I emailed her to wish her well on her way to recovery. Sadly, a few days later I got the news that she has passed away. I never knew her but I felt deeply saddened by this.

It's funny how you develop a sort of attachment to people you never knew personally but kinda imagined them via things that connect you. I was always thinking of her as an elderly seamstress in golden framed glasses that was selling off her fabric stash, and I liked to believe that she was keeping some bits for herself to sew clothes for her grandkids or their dolls...

I emailed the family back, telling them I was very sorry for their loss and that I didn't mind waiting for the fabrics (they apologized for the possible delay on their side in their previous message). When my purchases arrived after a few weeks, I discovered a whole bolt of this blue fabric inside the package, I'm guessing as an apology gift for keeping me waiting --which I really didn't mind! It's incredible how some people remain so kind even in their time of great loss and grief. I wish them all the best and I'm hoping to honour the late lady's good heart by sewing from her fabrics the best I can.

Kształt tej sukienki może wydawać się Wam znajomy - to dlatego, że uszyłam ją z tego samego wykroju, co różową sukienkę w kratkę vichy. Często szyję z jednego wykroju kilka wersji ubrań - jeśli coś mi się podoba, to nie widzę przeszkód, żeby mieć tego więcej w szafie. Tym razem chciałam jeszcze poprawić wykrój i o ile udało mi się dopasować za wysokie ramiona, to na plecach ciągle coś się marszczy i muszę się tym zająć następnym razem. Pewnie zresztą nie marszczyłoby się na kimś, kto nie jest takim garbuskiem, jak ja - no, ale jak szyję dla siebie, to chcę, żeby leżało dobrze. 

Sukienkę uszyłam z cienkiej tkaniny poliestrowej (właściwie to nie wiem do końca co to jest, ale jest dość sztywne i się nie gniecie, więc na pewno nic naturalnego), z którą wiąże się dość wzruszająca historia.

Jakiś czas temu składałam zamówienie na allegro u pewnej miłej pani, która sprzedawała tkaniny z dawnych lat. W ciągu roku czy dwóch kupiłam od niej kilometry pięknych tkanin! Jej aukcje były zdecydowanie moimi ulubionymi. Dlatego zmartwiłam się bardzo, kiedy przeczytałam, że zamyka sklep z powodu choroby. Napisałam do niej od razu z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Niestety - kilka dni później dowiedziałam się, że zmarła. Nie znałam jej osobiście, ale bardzo mnie to zasmuciło.

To dziwne, jak potrafimy zżyć się z obcymi ludźmi poprzez rzeczy, które nas z nimi łączą. nie poznałam jej osobiście, ale lubiłam sobie wyobrażać, że jest zacną, dawną krawcową i sprzedaje materiały zgromadzone przez lata pracy. Że wyszukuje spośród nich takie, które szczególnie jej się podobają, żeby uszyć z nich ubranka dla swoich wnuków albo sukienki dla lalek wnuczki.

Odpisałam jej rodzinie kilka słów kondolencji i prosiłam, żeby nie przejmowali się przesyłką (w poprzednim mailu informowali, że może się opóźnić i prosili o wyrozumiałość). Kiedy moje zakupy dotarły po kilku tygodniach, w paczce znalazłam dodatkowo kilkanaście metrów niebieskiego materiału w kwiatki. Myślę, że to podarunek w ramach przeprosin za czekanie - które mi absolutnie nie przeszkadzało! To naprawdę niesamowite, jak niektórzy ludzie potrafią pozostać przyjaźni i mili, niezależnie od okoliczności, w jakich się znajdują. Życzę im wszystkiego, co najlepsze i mam nadzieję, że uda mi się uhonorować pamięć o miłej pani moim szyciem z jej materiałów - najlepszym, na jakie mnie stać.

Dress: made it myself
Pattern: Der Neue Schnitt, 1957
Fabric: a gift
Sandals: Gioseppo
Ring, hairpins: ?
Necklace: a gift
facebook bloglovin pinterest instagram tumblr email

This week's wrap up

Outfits: 1, 2, 3.

Things I loved this week:

Make sure to visit my Tumblr for inspirations and Instagram for more photos and Pinterest for sewing tips! You can also follow me on Bloglovin to get updates from my blog as soon as they are posted.

Spring drizzles

When I set off today to make this white dress that you can see peeking from beneath the sweater, the weather was pretty much ok --the sun was out and the temperature was reasonable. Four hours later I was done and we had the worst pour down you could imagine. The rain soon has lilghtened, but not enough to go out without an umbrella and certainly not enough to wear my brand new little white dress... I thought warm colours were in order, though, and I did want to wear the dress so here's what I threw on for a walk with our dog. You can expect to see the whole dress as soon as the weather decides to be summery (hello, it's June already!).

This dress is extra special in one aspect: I constructed it by myself from scratch! I'm super duper awesomely proud of myself because after all the tailoring I did, the bodice fits beautifully. So... you just HAVE TO see it. (I know, you're already hanging on the edges of your seats.) Bare with me, I'm kinda excited here.

Kiedy usiadłam dziś do maszyny, żeby uszyć sukienkę, której kawałek widać spod swetra, pogoda była w porządku. Słonko świeciło i temperatura zachowała rozsądek. Cztery godziny później, kiedy akurat skończyłam szyć, zaczęło lać. Szybko się uspokoiło, ale nie na tyle, żeby wyjść bez parasola, a już na pewno nie dało się wyjść w samej letniej sukience. Chciałam ją jednak założyć, bo jak się coś uszyje, to nie ma siły, trzeba to zaraz nosić, więc narzuciłam na siebie dodatkowe warstwy i polecieliśmy z Lalą na spacer. Ale niedługo się pojawi i sukienka w całości - jak tylko pogoda  przypomni sobie, że już lato i zdecyduje się zmądrzeć, i ustabilizować (halo, mamy już czerwiec!).

Ta sukienka jest bardziej specjalna niż inne, które szyję, bo skonstruowałam ją zupełnie samodzielnie. Po godzinach precyzyjnych obliczeń i dopasowywaniu pod moim krytycznym okiem góra leży idealnie, więc po prostu MUSICIE to zobaczyć (no wiem, wiem, fascynujące). Musicie mi wybaczyć ten naiwny zapał, ale jestem podekscytowana swoim osiągnięciem!

Dress: made it myself
Pattern: self drafted
Fabric: gift from my Granny
Sweater: thrifted, George
Denim jacket: Camaieu
Tights: old
Loafers: found
Brooch: Niko.lete
Hat: no name


I have mentioned it before on Robot that I used to be a metalhead in high school. That meant wearing all-black outfits, too big t-shirts with band names printed on and worker boots. I also owned a parka that I wore religiously and I'd always wanted a military backpack called "the cube" that was hugely popular with this subculture. It was the stuff of dreams. It was military-green, it had to be worn down and you would sew on it badges with the names of your favorite bands. It served as a sort of a communication system back in the day: having the cube was in itself a proclamation of your rebellious and vagrant and perhaps a little romantic nature. Then, adding your badges to it made you easily recognizable to other fans of such bands. I can't count the times I scoffed at someone who had the wrong bands on his backpack and how many times I blushed when a cute guy had the right bands sewed on.

But, I never did own the cube. I guess it was out of my financial reach back then. It was expensive to buy new and a used one would either come from an army surplus store (again, expensive) or from someone who owned one and wanted to give it away (impossible). So, up until now, I lived my sad, cube-less life... Then, a while ago, I saw wonderful Marta of Modenfer carry her own military backpack and all my past dreams came back. So, online I went and ta-da, my teen dream came to life. I admit this is very anti-climactic and I probably should've waited for some old friend to offer me their beloved, beat up cube but sometimes it's ok to help your dreams fulfill sooner rather than later. And, to be honest, right now the cube was more of a vagary than a dream --this gown from Valentino Pre-Fall 2015 might be the latter, but in comparison, the cube is a teensy bit smaller fancy. Anyway, the cube I bought has some patches of fabric sewn on by its previous owner and I love this bit because, you know, I'm a sewist and all that. It is fate, I tell you.

Anyway, with my own cube, I felt like I needed to pay some sort of a homage to my teen self, so here it is: an outfit I would NEVER, EVER for the life of me had worn when I was a kid. Short skirts were so much untrue for a tomboyish heavy metal fan like me. They are true to me now, though, so I see nothing wrong with marrying one style to the other.

Wspominałam już tu kiedyś, że jako nastolatka byłam prawdziwą metalówą. Nosiłam się cała na czarno, miałam stos koszulek z kapelami, glanów nie zdejmowałam nawet latem. Miałam też ukochaną parkę, w której mroziłam się co zima, bo noszenie pod nią podpinki uważałam za straszną siarę. Nie miałam jednak kostki. Marzyłam o kostce. Kostka to było coś. Plecak ze sztywnego płótna w kolorze wojskowej zieleni, najlepiej znoszony i z klapą zapełnioną naszywkami z nazwami zespołów. W tamtych czasach służyło nam - metalom - jako znak rozpoznawczy. Nie zliczę, ile razy prychałam na kogoś, kto miał nie te zespoły co trzeba przyszyte do kostki. Nie zliczę też, ile razy płonęłam jak piwonia, kiedy jakiś długowłosy przystojniak miał właściwe naszywki.

Ale sama kostki nigdy nie miałam. Była poza moim zasięgiem finansowym - spłukiwałam się regularnie na glany, a kupienie plecaka odkładałam zawsze na później. Wiodłam swoje smutne, bezkostne życie... do czasu. Niedawno zobaczyłam, na jednym ze zdjęć Martę z Modenfer z jej chlebakiem - i wróciły do mnie wspomnienia. I... Teraz będzie mało klimatycznie: weszłam na allegro i kupiłam używaną kostkę. Pewnie trzeba było poczekać jeszcze trochę na jakiś cudowny zbieg okoliczności, w ramach którego dawny znajomy oddałby mi swoją ukochaną, wysłuzoną kostkę - ale czasem nie ma nic złego w zaspokajaniu małych zachcianek (bo prawdziwym marzeniem teraz kostki bym już nie nazwała. Suknię Valentino z kolekcji Pre-Fall 2015 tak, ale w porównaniu do niej, kostka to mała zachcianka). Poza tym urzekło mnie, że poprzednia właścicielka naszyła na swojej kostce kawałki materiału. No wiecie, szycie, te sprawy. To jednak przeznaczenie.

W każdym razie, mając już własną kostkę, poczułam się jak nastolatka i postanowiłam złożyć hołd sobie sprzed jakichś 15 lat. A więc: zestaw, którego NIGDY W ŻYCIU bym wtedy nie założyła, bo byłoby to totalnie głupie i dziewczyńskie, a ja byłam straszną chłopczycą. Ale teraz nie jestem, więc pozwalam sobie na taki mariaż stylów i dobrze mi z tym.

Denim Jacket: Camaieu
Jumper: House
Blouse: freesia
Skirt: New Look, old
Boots: Zign via Zalando
Backpack: thrifted
Photos by my boyfriend, The Fish.


Vintage Tuesday: Neuer Schnitt 08/1962

I was so happy to see your positive response to my idea for sharing those vintage sewing pattern magazines last week! This week I'm sharing one from 1962 as a little gift from me to @oppknits who is a lovely lady and an awesome sewist and knitter I met on Instagram. I hope you like this issue of Neuer Schnitt --I find that fashions included within those magazines are much more elegant and classic than those from other magazines from the same era. Perhaps they were directed at more mature readers? Or perhaps they took the change of silhouette that came with the rise of 1960s very seriously? Anyway, not many flared skirts this time, but you can expect a lot of fitted styles and classy pencil dresses instead.

Bardzo mnie ucieszyło, że w zeszłym tygodniu spodobały Wam się moje skany ze starych magazynów szyciowych. W tym tygodniu przenosimy się rok później - jest sierpień 1962 i wygląda na to, że nowa, mniej obszerna sylwetka na dobre się zadomowiła w modzie. Nie będzie zbyt wielu rozkloszowanych spódnic, za to mnóstwo klasycznych i eleganckich ołówkowych sukienek. Wydaje mi się, że Neuer Schnitt jest bardziej stonowany w swoich projektach niż inne magazyny z tego okresu - a może był adresowany do bardziej dojrzałych czytelniczek?

Dzisiejszy wpis dedykuję przemiłej @oppknits, którą poznałam przez Instagrama. Zerknijcie do niej, potrafi wyczarować bardzo fajne ciuchy - i na maszynie, i na drutach!


Key to days past

In the past, I used to get very attached to certain items. The necklace I'm wearing in today's outfit is in item that I had liked enough to choose as my everyday necklace a few years ago. That was a very weird moment in my life, I admit. This little key (actually a key to my Mother's jewellery box) is a marker of that time in my mind. I put it on when a certain phase started and took it off when it ended. For years it lay unused in my own jewellery box even though my Mum complained that I should give it back. Even with all the negative associations, I still liked the simple shape of the key as a pendant and somehow its meaning was still strong with me. It was a magical item of sorts. One that could open a door that I'd closed and didn't want to open anymore. 

I didn't really want to wear it until the day we took those photos. That morning, when I was looking through my necklaces to find one that would fit the outfit, I found this little key again. It felt like a piece of metal that it is and I could see it simply as a pretty ornament. I guess some phases take a very, very long time to truly pass and it takes equally long time for our psyche to fully heal.

Dawniej bardzo przywiązywałam się do różnych przedmiotów. Naszyjnik, który mam na sobie w dzisiejszym poście, jest jednym z nich. Kilka lat temu tak bardzo mi się spodobał, że nosiłam go codziennie. To kluczyk do pudełka na biżuterię mojej mamy. Założyłam go, kiedy zaczął się bardzo charakterystyczny moment w moim życiu, a wraz z jego końcem - zdjęłam. Przez lata leżał potem nienoszony i nie oddałam go mamie nawet mimo jej narzekań, że chciałaby go z powrotem. Mimo wszelkich negatywnych skojarzeń wciąż podobał mi się jako wisiorek. Był wciąż znaczący, trochę magiczny. Mógł otworzyć drzwi, które chciałam pozostawić zamknięte. 

Nie chciałam go nosić aż do dnia, w którym robiliśmy zdjęcia. Wpadł mi w oko rankiem, kiedy przeglądałam swoje naszyjniki w poszukiwaniu odpowiedniego dopełnienia ubioru. Był tylko kawałkiem metalu na łańcuszku, kluczykiem do pudełka na biżuterię. Niektóre fazy trwają znacznie dłużej niż nam się wydaje.

Skirt: made it myself
Fabric: from my Granny's dress
Pattern: you don't need one for a box-pleated skirt
Shirt: thrifted/L.O.G.G.
Flats: Anna Field via Zalando
Necklace: a key to my Mum's jewellery box
Shades: ?


Analog Photography Sunday

I took these photos in Autumn of 2009 in O. I used a 1930s medium format camera called Pilot Super that is a bit unreliable and hard to focus but produces dreamy images that I've grown to love deeply. I think these photos are the most intimate look at my lifelong relationship with O.

Te zdjęcia zrobiłam jesienią 2009 roku w O. Powstały na Pilocie Super - aparacie średnioformatowym z lat 30-tych. To dość trudny we współpracy sprzęt i nie do końca można na nim polegać, ale uwielbiam efekt, który daje jego nieostry obiektyw. Chyba nic nie oddaje lepiej mojej relacji z O. niż te senne rozmycia i halacje.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

This week's wrap up

Outfits: 123.

Things I loved this week:
  • A tumblr account called Cabinology that takes you away to beautiful places in the woods and mountains... I basically wanna live in this tumblr.
  • Ingenious Japanese words that mean so much more than their explainations. Kuidaore!
  • These deep ocean critters --some cute, some weird, some scary. All fascinating.
Make sure to visit my Tumblr for inspirations and Instagram for more photos and Pinterest for sewing tips! You can also follow me on Bloglovin to get updates from my blog as soon as they are posted.
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact

Robot with a heart

If you've been wondering about the name of my blog, you can wonder no more.

Yes, I named Robot after a cheap metal pendant that I had bought earlier in the year when I hit the "create blog" button. I probably should have a better story to go with it: you know, deep meaningful stuff about how each and every one of us is living in a culture that is driving us to do certain things, just like robots, but we do have our souls and hearts and personal voices and opinions and this blog is the reflection of this reality... yeah. That would've been good! Great narrative! But it's really not the case here. 

I just love cheap jewellery with a retro feel and I got this robot fella in some chain store (can't remember which one anymore). And since I was never good at naming things, be it my cat or my blog, I developed a technique that involves looking around and choosing a name based upon the first thing I see and like. Admittedly, it doesn't work every time, and our cat's name is Shark because, well, we'd found him during our holidays spent at the seaside and when he was a kitten, he used to bite everything and everyone in his reach. So: biting and sea? Shark, obviously! Right? 

But with Robot, it was the former. I had this necklace and I liked it so I named my blog after it without thinking twice.

Also, beside the robot necklace, I'm wearing the gingham skirt that I made and love just so much! It's a great staple upon which I can build many outfits --more formal and less formal, but all with this nice kick of yellow that I've been digging for the last year or two but never had a good chance of wearing. The blouse is another treasure from my Granny's closet and I believe it to be from 1960s. Love the lace detail there. While it is clearly vintage, I think it's also quite weareable nowadays without feeling too much. With the yellow skirt and a grey cardi for playing it all down, I think this is one of my favorite everyday outfits.

Skirt: made it myself
Pattern: none required, it's just a box pleated skirt made from a rectangle
Fabric: thrifted cotton
Blouse: vintage, from my Granny's closet
Cardi: old
Cat purse: allegro
Flats: Even&Odd via Zalando
Necklace: old
Scarf in my hair: found
facebook bloglovin' pinterest instagram tumblr rss contact